Bo po nas też ktoś przyjdzie…


Foto Tomasz Jodlowski all rights reserved www.tomaszjodlowski.com

http://www.blogroku.pl/2015/zgloszenie/13,542,bo-po-nas-tez-ktos-przyjdzie-

 

Fot. Tomasz Jodłowski

Z Piotrem Obłojem, zastępowym z drużyny ratowniczej ruchu Śląsk kopalni Wujek, który po dwóch miesiącach akcji wraz ze swoim zastępem odnalazł ciała poszukiwanych górników rozmawia Karolina Baca-Pogorzelska

Pamięta pan jak się pierwszy raz spotkaliśmy w styczniu, na dole na dole na Śląsku?

Pewnie. Przygotowywała pani książkę o ratownikach.

A gdybym powiedziała panu wtedy, że za kilka tygodni przez 67 dni właśnie tu, w tej kopalni będzie trwała akcja ratownicza, to uwierzyłby mi pan?

W życiu! Nawet gdyby była pani wróżką.

A jednak tak się stało…

A wie pani, że to miejsce gdzie zginęli ci nasi dwaj koledzy to praktycznie ściana obok tej, gdzie w 2009 r. doszło do tego wielkiego wybuchu metanu? Ten rejon jest jakiś… dziwny. Pewnie teraz cały będzie zamknięty. Niby bomba nie spada dwa razy w tym samym miejscu, ale tam po prostu coś jest nie tak. Miejsce, w którym się widzieliśmy na dole jest daleko od tego, choć na tym samym poziomie 1050 m.

Zginęli dwaj górnicy. A tak potężnego wstrząsu, jak ten z 18 kwietnia, to chyba nikt nie pamięta. Oni mogli przeżyć?

Oni sam wstrząs przeżyli i to już było ogromnym zaskoczeniem, bo ciśnienie, jakie się wytwarza w chwili takiego zdarzenia jest niesamowite. To jest jak jeden wielki, zamknięty słoik. A oni jednak sam wstrząs przeżyli. Nie mieli dobrej drogi ucieczki. Poszli w „paszczę lwa”, czyli tam, gdzie były rurociągi odmetanowania i prawdopodobnie to właśnie brak tlenu i stężenie metanu było przyczyną ich śmierci. Gdyby poszli w drugą stronę… To jest takie gdybanie tylko. Owszem, w przeciwnym kierunku była woda, były rurociągi, którymi być może mogliby dać jakieś znaki ratownikom. Ale czy tam był tlen? Nie wiemy. A może tam spotkałaby ich jeszcze gorsza śmierć?

Pan jest ratownikiem od kilkunastu lat. Widział pan kiedyś taki zawał, jak ten ostatni?

Na 750 metrach? W życiu! To kosmos jakiś jest. Zazwyczaj zawał to 10-20 m. 50 m to już duży zawał. Taki na odcinku 100 m – ogromny, może raz w życiu miałem z takim styczność. A ten… no brak słów. Dlatego cała ta akcja pod każdym względem była dla wszystkich pewną nowością. Dzięki temu, że 20 sekund przed wstrząsem sztygar dzwonił z raportem na powierzchnię, można było wysnuć przypuszczenia co do miejsca pobytu zaginionych górników. Stąd możliwe było podjęcie decyzji o wierceniu otworu w tym właśnie miejscu z powierzchni. Precyzja z jaką to się udało zrobić była niesamowita.

Rozmawiamy 25 czerwca, ma pan dzień wolny. Jak dobrze obliczyłam to chyba trzeci od 18 kwietnia, czyli dnia, kiedy doszło do tej katastrofy.

Lepiej wrócić do pracy od razu niż czekać, bo potem jest po prostu trudniej. Albo za trudno. Pierwszy dzień wolny mieliśmy po znalezieniu ciał górników. Mogę dzisiaj tak powiedzieć, choć od stwierdzenia zgonów jest lekarza, a ja mogę tylko zaraportować, że byli bez oznak życia. Drugi – po przetransportowaniu ich na powierzchnię. Musieliśmy. To kwestia psychiki. Inne służby ratunkowe mają psychologów. Ratownicy górniczy nie, a ze stresem trzeba sobie jednak radzić, trzeba odreagować.

W jeden dzień??

Wystarczy. Ale on był potrzebny. W lipcu biorę dwa tygodnie urlopu i jedziemy z żoną gdzieś z daleka od wszystkiego – rodziny, górnictwa. Przyda się.

Dwa tygodnie to mało…

Cóż, to jest górnictwo, my jesteśmy twardzi i szybko się regenerujemy.

Znaleźliście kolegów 15 czerwca, ale nie mogliście już wtedy wytransportować na powierzchnię. Warunki w tym miejscu były tak trudne?

Szczerze? Do przygotowania ich do transportu potrzebne byłoby minimum 30 minut. A panująca tam temperatura ponad 50 stopni Celsjusza zabiłaby cały nasz zastęp w takim czasie. Weszliśmy i natychmiast zarządziłem wycofanie. To była moja decyzja i ja biorę za nią odpowiedzialność. Taka jest rola zastępowego. W efekcie i tak nasz zastęp tydzień później transportował ciała poszukiwanych.

To był 22 czerwca. Widzieliśmy się wtedy tuż przed pana zjazdem. Mówił mi pan wówczas, że to chyba jednak wy po nich idziecie…

Na dole było pięć zastępów. Ale to kierownik akcji decyduje o tym, który idzie na miejsce, a które ubezpieczają. On zdecydował, że zrobi to mój zastęp. Ale spytał nas wcześniej, czy po tym wszystkim damy radę. A ja spytałem chłopaków. Nikt nie wyobrażał sobie, że będzie inaczej, skoro to my ich znaleźliśmy. Bo decyzja o zostawieniu ich tam 15 czerwca była jedną z najtrudniejszych, jakie przychodzi podjąć. Jednak zastęp jest jak dłoń – a pięciu ludzi w nim jak pięć palców. Można tylko odciąć, a to jest nadal jedna całość.

W akcji ratowniczej brało udział 742 ratowników, a w Polsce mamy ich w sumie 6000. Ogromne zaangażowanie.

I ogromna szkoła przetrwania dla wielu, bo ostatnio do drużyn ratowniczych przyszło sporo młodych ludzi. W komorze na ćwiczeniach jak nawet ktoś spanikuje i zdejmie maska to krzywda mu się nie stanie, a tu… żadne ćwiczenia nie nauczą tego, co prawdziwa akcja, na dodatek taka. Ja tylko powiem, że w w tym najgorszym miejscu 60 m pokonywaliśmy przez 20 min. Trudno to opisać. Powiem tak. Żona po 24 latach wspólnego życia nie widziała u mnie tylu siniaków, a skłonności do nich raczej nie mam… Ja prosiłem Boga, nie o siebie, a o chłopaków z mojego zastępu, gdzie najmłodszy miał 22 lata, by pozwolił im bezpiecznie wyjść.

Ulga?

Transportowaliśmy ich jakieś 700 m do bazy. Wyjechaliśmy z nimi. To była taka godzina, że na nadszybiu nowa zmiana czekała na zjazd. Tam zawsze jest harmider, jak stanie kilkudziesięciu chłopa i każdy choć jedno słowo wypowie. A wtedy – kompletna cisza. Ja od 26 lat zjeżdżam pod ziemię i czegoś takiego nie widziałem i na pewno nie zapomnę.

Pan wie, że sporo ludzi pytało przez te dwa miesiące, czy ta akcja ma sens. Byli i tacy, co zarzucali specjalne jej przedłużanie ratownikom…

Niech to powiedzą mojej żonie. Nonsens. To MA sens. Jak ktoś nie był na dole nigdy nie zrozumie dlaczego i jaki. Zawsze takich zapraszam, by na jedną szychtę z nami zjechali, ale jakoś nie chcą. A ja tylko mówię – pojedź, zobacz, oceń po wyjeździe. I górnicy i ratownicy idąc codziennie do pracy muszą wiedzieć, że jeśli ich spotka coś złego, to będą ludzie, którzy zawsze po nich pójdą. A taka świadomość w tym zawodzie jest ważna i dla nich i dla rodzin. Przecież rodziny tych dwóch górników też czekały na najszybszy koniec tej akcji. A skoro górnicy na dół zjechali, to na powierzchnię też musieli wyjechać. Kropka.

Zadam panu to samo pytanie, co w styczniu. Wybrałby pan dzisiaj inny zawód?

W życiu. Tylko ten. Bez dwóch zdań. Proszę mnie nie pytać o logikę. Może to jest jakieś powołanie? Nie wiem. Ale nie wyobrażam sobie, żebym mógł robić cokolwiek innego.

Muszę to powiedzieć… Rozmawiamy, ale teraz pan gotuje!

A bo u nas w domu to ja robię żur i żona mnie poprosiła, bo tego żuru już ponad dwa miesiące nie było…

Pana synowie nie są związani z górnictwem?

Na szczęście. Jeden poszedł w kierunku samochodów, drugi uczy się jeszcze w technikum i interesuje się lotnictwem. Ja chcę mieć spokój na emeryturze, a do tej został mi jeszcze rok. A wtedy chyba stresowałbym się zdecydowanie bardziej. Chociaż wszyscy na kopalnię przyjechali, jak już było po wszystkim…

Żona też?

Oczywiście. Chociaż staram się jej o niektórych akcjach nie mówić, jak się zamykają na jednej zmianie. Chociaż jak o jednej dowiedziała się z radia, gdy zginął kiedyś kombajnista, a my zostaliśmy na dole trochę dłużej, to potem za przyjemnie nie było…

To teraz odlicza pan dni do tej emerytury?

Boże broń. Ale powiem pani coś o datach. 12 czerwca nie mogłem być na premierze pani „Ratowników”. A to był dzień, gdy minęło dokładnie 26 lat od czasu, gdy przyjąłem się jako górnik do kopalni Katowice. A dzisiaj, gdy KHW podsumowywał akcję na konferencji (25 czerwca – przyp.aut.), na której też był mój zastęp… mam urodziny.

Czego mogę panu życzyć poza standardowym zdrowiem, szczęściem itp.?

Żadnych akcji…